english version
Hasła biblijne na dzisiaj Ukryj hasła biblijne

Odzyskiwanie pamięci o ewangelickim Pomorzu

Rozmowa z Anną Sujecką, kuratorem wystawy Sola Scriptura

16.02.2016

Do końca lutego 2016 r. w Zamku Książąt Pomorskich w Słupsku trwa wystawa "Sola Scriptura" - biblijne malarstwo i grafika pomorskich protestantów od XVI do XX wieku.


Odzyskiwanie pamięci o ewangelickim Pomorzu

Na stronie www.luter2017.pl ukazał się wywiad z Anną Sujecką, kurator wystawy "Sola Scriptura", który porusza temat odzyskiwania pamięci o ewangelickim Pomorzu oraz sztuki kościelnej na Pomorzu Środkowym.

Poniżej prezentujemy fragment wywiadu, który w całości dostępny jest tutaj:
 

W Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku powstała wystawa „Sola scriptura”, dokumentująca ewangelicką sztukę kościelną regionu. W katalogu wystawowym znajduje się dość smutna informacja, że po 1945 roku ewangelickie dziedzictwo kulturowe traktowano jako „sztukę wroga”. Jakie czynniki się na to złożyły i jaka jest percepcja tej sztuki dzisiaj?

Anna Sujecka
: Dzisiejsze postrzeganie spuścizny protestanckiej to złożony problem. Niestety, mało kto pamięta o 400 latach Reformacji na Pomorzu. Informacje na ten temat oczywiście funkcjonują w obiegu akademickim i w gronie miłośników historii. Jednak statystyczny mieszkaniec Pomorza niewiele o tym wszystkim wie. Słowami, które najlepiej oddają stan rzeczywisty jest obojętność i brak zainteresowania. Co więcej, osoby wykształcone, które znają historię, często posiadają jakąś wewnętrzną blokadę, która uniemożliwia im korzystanie z tej wiedzy w praktyce. Próby podjęcia rozmowy o ewangelickiej przeszłości budzą jakiś wewnętrzny sprzeciw. Z własnego doświadczenia pamiętam gości jednej z pomorzoznawczych konferencji, którzy, uczestnicząc w objeździe po regionie, za każdym razem wyrażali zdumienie na wieść o poewangelickich kościołach w okolicy.  A przecież w skali całego Pomorza takie kościoły to jakieś 90 %. Aby to zrozumieć trzeba bliżej przyjrzeć się wydarzeniom powojennym. Samo pojęcie „sztuka wroga” brzmi bardzo propagandowo, ale rozpatrując to, co wydarzyło się kilkadziesiąt lat temu, jest chyba najtrafniejsze i oddaje powód, dla którego tak chętnie niemiecką przeszłość puszczono w niepamięć. Ludność przesiedlana z kresów wschodnich i terenów Polski centralnej, która docierała na Pomorze, w większości pochodziła ze środowisk wiejskich lub małomiasteczkowych, była słabo wykształcona i opierała swój światopogląd na stereotypach. Od wielu z nich trudno było oczekiwać zrozumienia dla rzeczywistości, jaką zastali w nowym miejscu, z dala od wszystkiego co znali.

Polacy mieli poczucie misji budowania Polski od podstaw. Z jednej strony realizowano mnóstwo cennych inicjatyw – np. już 15 września 1945 roku postawiono tutaj, pierwszy w Polsce (i przez lata jedyny) pomnik powstańców warszawskich, powołano Festiwal Pianistyki Polskiej – obecnie najstarszy w Polsce, czy największą kolekcję dzieł Witkacego. Z drugiej zaś dokonano wielu zniszczeń. W archiwum muzealnym znajdują się dokumenty, wskazujące jak traktowano poniemiecką spuściznę. W latach 50. i 60. Wojewódzki Konserwator Zabytków wielokrotnie zwracał się do Muzeum z prośbą o zabezpieczenie obiektów, które padały ofiarami dewastacji.

Pomorze było przez ponad 400 lat wyznania luterańskiego i jednym z najważniejszych ośrodków ewangelicyzmu na dzisiejszych ziemiach polskich. Na ile negatywne zjawiska wynikały z negatywnego stosunku do Niemców, a na ile do ewangelicyzmu w ogóle?

Mówiąc o okresie powojennym nie można oddzielić stosunku do narodowości od nastawienia do wyznania. Ludzie, którzy przybyli tutaj po 1945 roku, do końca życia nosili w sobie traumę. Dla nich Niemiec to był agresor i oprawca, często pozbawiony jakichkolwiek cech ludzkich. W ich mentalności długo pokutował XIX-wieczny schemat, według którego Polak patriota był katolikiem. „Inną wiarę” wyznawali zaborcy – i tak Niemiec był ewangelikiem, a Rosjanin prawosławnym. Niestety, w tym kuriozalnym wywodzie działała też zasada odwrotności. Dzięki niej wszystko co ewangelickie było niemieckie, a zarazem złe. Inną sprawą jest to, że w Polsce w ogóle mało mówiło się o protestantach. Z jednej strony niechęć wynikała z negatywnego stosunku do Niemców, z drugiej z faworyzowania katolicyzmu.

W jaki sposób odbywała się wymiana ludności? Była radykalna, czy początkowo dwie nacje współistniały przez jakiś czas obok siebie? Co z Polakami, którzy zapewne tutaj też mieszkali, przed 1945 r.?

W przedwojennym Słupsku trudno mówić o polskim środowisku. Oczywiście mieszkały tu osoby polskiego pochodzenia lub o polsko brzmiących nazwiskach, jednak były mocno zasymilowane z niemiecką społecznością i nie stanowiły szczególnie wybijającej się grupy.

Przed 1945 rokiem w całym Słupsku była tylko jedna parafia rzymskokatolicka, do której należeli zarówno Niemcy, jak i Polacy. Była to stosunkowo mała grupa, licząca na ogół kilkaset osób. Statystyki z 1871 roku podają liczbę 230 członków. Z czasem ich ilość wzrosła. W 1933 roku, w całym powiecie słupskim (dawny Kreis Stolp) było niecałe 3,5 tysiąca osób wyznania rzymskokatolickiego. Ciekawostką może być fakt, że obrany w 2004 roku patron miasta, to urodzony właśnie tutaj, w 1915 r. alumn Seminarium Duchownego w Bydgoszczy – błogosławiony Bronisław Kostkowski, beatyfikowany w 1999 roku przez Jana Pawła II. Paradoksem historycznym jest to, że po II wojnie światowej sytuacja całkowicie się odmieniła. Obecnie, na terenie miasta działa zaledwie jedna parafia ewangelicko-augsburska, niemalże wszystkie pozostałe są rzymskokatolickie.

Sama „wymiana ludności” przebiegała etapami. Spora część Niemców ewakuowała się w 1945 roku, inni latami czekali na możliwość wyjazdu – niejednokrotnie mieszkając z polskimi rodzinami pod jednym dachem. Byli też tacy, którzy zostali na miejscu i zasymilowali się z Polakami. Z czasem Polaków przybywało. To oni obejmowali urzędy i gwarantowali polskość regionu. Od samego początku istniał ogromny nacisk, by odwoływać się do słowiańskich akcentów na Pomorzu i adaptować wszystko, co miało nawet bardzo dalekie związki z nią związki. To właśnie wtedy zaczęto mówić o „prasłowiańskiej rodzinie Gryfitów”, spopularyzowano, ukuty jeszcze w II RP, termin „Ziemie Odzyskane” i głośno mówiono o „powrocie do macierzy”.

Jednym z bardziej wyrazistych tego przykładów była postać Michała Mostnika – luterańskiego pastora, który z polecenia księżnych Erdmuty i Anny de Croy objął parafię w Smołdzinie i przygotował do druku, przetłumaczony na lokalny język Mały Katechizm Lutra. Pastor naprawdę nazywał się Michael Brüggemann lub Brückmann. Urodził się w Słupsku w niemieckiej rodzinie, odebrał niemieckie wychowanie, jego ojczystym językiem był niemiecki. Ze względu na domniemaną znajomość języka Słowińców – co wiązano ze znajomością polskiego, jego imię i nazwisko przetłumaczono. Z czasem zaczęto też mówić o nim ogólnikowo – kaznodzieja, odbierając tym samym prawo do własnego wyznania.